Bo człowiekowi trzeba okazywać szacunek za życia, a nie, gdy już umrze: wtedy wszystko należy zostawić własnemu biegowi?
Albo umarłym, niech grzebią swoich umarłych?
Bo news sprzed dwóch dni to jest kein news?
Bo jakże to, tłoczyć się wśród tylu żałobników, z których wielu to po prostu cmentarne hieny?
Blogerzy książkowi i inni z krótszych & dłuższych list milczą.
Może szukają słów.
Może nie próbują ich nawet znaleźć.
Bo nigdzie ani jednego.
Więc nigdzie ani jednego.
https://www.theguardian.com/books/2018/jan/24/a-life-in-quotes-ursula-k-le-guin
http://lubimyczytac.pl/cytaty/17930/autor/ursula-k-le-guin
(...)W otchłaniach światła, od bramy nieba, nadlatywał smok, a za wijącym się, opancerzonym
OdpowiedzUsuńcielskiem ciągnęła się smuga ognia. Wtedy Tenar przemówiła.
- Kalessin! - krzyknęła, po czym, odwróciwszy się, chwyciła Geda za rękę i pociągnęła go
w dół, na skałę. Przetoczył się nad nimi ryk ognia. Zagrzechotała kolczuga i wiatr zagwizdał w
uniesionych skrzydłach. Przypominające ostrza kos pazury zaszczekały o skałę.
Wiatr wiał od morza. Maleńki oset, rosnący w szczelinie skały obok jej dłoni, poruszał się
na wietrze. Przy niej był Ged. Kulili się ramię przy ramieniu, mając za sobą morze, a przed sobą -
smoka. Ged przemówił ochrypłym, drżącym głosem, w smoczym języku. Tenar zrozumiała słowa,
które brzmiały:
- Dziękujemy ci, Najstarszy.
Patrząc na Tenar Kalessin odezwał się potężnym głosem przypominającym dźwięk, jaki
wydaje gong pocierany metalową miotłą:
- Aro Tehanu?
- Dziecko - rzekła Tenar. - Therru! - Zerwała się na nogi, aby biec, szukać swojego dziecka.
Ujrzała, jak nadchodzi wzdłuż krawędzi skały, między górą a morzem, w kierunku smoka.
- Nie biegnij, Therru! - krzyknęła, lecz dziewczynka dostrzegła ją i biegła wprost do niej.
Przylgnęły do siebie.
Smok odwrócił swoją ogromną, ciemnordzawą głowę, by przyjrzeć się im obydwoma
oczyma. Jamy nozdrzy, wielkie jak kotły, jarzyły się od ognia i unosiły się z nich wstęgi dymu. Żar
smoczego cielska przebijał się przez zimny morski wiatr.
- Tehanu - powiedział smok.
Dziecko odwróciło się, żeby na niego spojrzeć.
- Kalessin - rzekło.
Wówczas Ged, który pozostawał na klęczkach, wstał, aczkolwiek na drżących nogach,
chwytając ramię Tenar, by odzyskać równowagę. Roześmiał się.
- Teraz wiem, kto cię wezwał, Najstarszy! - zawołał.
- Ja - powiedziała dziewczynka. - Nie wiedziałam, co innego mogę zrobić, Segoyu.
Wciąż spoglądała na smoka i przemawiała w języku smoków, słowami Tworzenia.
- To dobrze, dziecko - odrzekł smok. - Długo cię szukałem.
- Czy polecimy tam teraz? - zapytało dziecko. - Tam, gdzie są inni, na inny wiatr.
- Porzuciłabyś ich?
- Nie - odparła dziewczynka. - Czy oni nie mogą polecieć?
- Nie mogą polecieć. Ich życie jest tutaj.
- Zostanę z nimi - oświadczyło dziecko z nieco zapartym tchem. Kalessin odwrócił łeb, by
wydać ogromny, gorący podmuch śmiechu, lekceważenia, radości czy też gniewu.
- Hah! - Po czym, ponownie spoglądając na dziecko, rzekł: - To dobrze. Masz tu coś do
zrobienia.
- Wiem - odparło dziecko.
- Wrócę po ciebie - powiedział Kalessin. - W swoim czasie. - A do Geda i Tenar: - Oddaję
wam swoje dziecko, jak wy oddacie mi swoje.
- W swoim czasie - rzekła Tenar.
Kalessin nieznacznie skinął swoją olbrzymią głową i długa paszcza o szablastych zębach
wykrzywiła się nieco.
Ged i Tenar odsunęli się na bok wraz z Therru, gdy smok odwrócił się, wlokąc swój pancerz
po skalnej półce, ostrożnie stawiając szponiaste stopy, zbierając swój czarny zad niczym kot, aż
wzbił się w powietrze. Skrzydła strzeliły w górę, karmazynowe w nowym świetle, kolczasty ogon
zadźwięczał na skalistej powierzchni urwiska i stwór odleciał, zniknął - mewa, jaskółka, myśl.(...)
Twórczyni Światów i Mistrzyni Obrazów!
Usuń