20 kwietnia 2017

trening survivalu w warunkach domowych część pierwsza

W dzisiejszym odcinku nauczymy się, Drodzy Czytelnicy, odbierać adresowaną do nas przesyłkę skutecznie i minimalnym nakładem własnych sił i środków.
Najlepiej zrobić to w poniedziałek, ale każdy inny dzień powszedni będzie równie dobry, jeśli tylko poprzedni trwał co najmniej czterdzieści godzin.
Najpierw więc układamy się wygodnie na naszym latającym łóżku.
Obok – w zasięgu ręki  – układamy nasz żelazny zestaw: krzesiwo, krzemień, hubkę, saperkę, grzebień.
Zasypiamy spokojnie.
Po pierwsze, po tych czterdziestu godzinach naprawdę nam się to należy.
Po drugie, słyszymy, że sąsiad przez ścianę wychodzi z psem, co oznacza, że jest mniej więcej kwadrans po szóstej, a więc późno zarazem i wcześnie, co z kolei oznacza optymalne warunki dla zadania, które mamy wykonać dzisiaj w ramach naszego treningu.
Po trzecie wreszcie, ustawiliśmy sobie latające na najniższym poziomie, więc jeśli w czasie, gdy będziemy zwiedzać galaktyki nowo odkryte w szufladzie naszej własnej komody, choćby nawet tej mniejszej albo w kolorze, który już nam się nie podoba, jakiś kabel rozłączy się, ulegając sile grawitacji, i tak będziemy musieli zaczekać, aż ktoś pomoże nam się spionizować, co, należy  przypuszczać, nie nastąpi prędko, zatem przesyłki, co prawda, nie odbierzemy i cały odcinek na nic, ale tylko pozornie, bo przynajmniej  wyśpimy się wreszcie porządnie; patrz punkt pierwszy.
Wróćmy jednak do meritum.
Układamy się zatem.
Sąsiad i pies za ścianą, 6:15, nowe galaktyki tam gdzie zawsze, przesyłka coraz bliżej, kakao zaraz po przebudzeniu, Bengalski poszedł do biblioteki po Życie Pi* w wersji audio.
Uprzejmie zabrał ze sobą resztę kolektywu, więc go nie ma & prędko nie wróci.
Zasypiamy.
Po stu trzydziestu-stu czterdziestu minutach rozlega się dzwonek domofonu.
Ignorujemy go, rzecz jasna, ale niemal jednocześnie stwierdzamy, że skoro już się trochę obudziliśmy, spróbujemy bardziej & wyłączymy komórkę, zanim zacznie dzwonić również nasz macierzysty bank, jak ma ostatnio w zwyczaju, ponieważ wyrabia targety ustalone na sezon wiosenny.
A przy okazji do żelaznego zestawu dołożymy chusteczki higieniczne, opakowanie zozoli i lejek.
Wstajemy więc.
W pewnym sensie ochoczo, ponieważ, żeby osiągnąć ten z kolei cel (wstanie), musimy sobie najpierw pofruwać, potem zaś poskakać, a umówmy się, że każdy by tak chciał, tylko nie każdy może, za to my i owszem, więc tym chętniej.
Zwłaszcza, że udaje nam się jednak nie obudzić, a mimo to celnie trafić sobą w pojazd.
Domofon znów dzwoni.
Zapominamy o komórce, jedziemy w kierunku dzwonka, z drogi śledzie i taborety, po omacku znajdujemy i naciskamy przycisk domofonu, drzwi, jeszcze drzwi, DRZWI, przecież muszą tu gdzieś być drzwi, wczoraj były przynajmniej, bez drzwi się nie da, czy ktoś może wie...
Bardziej w lewo, o. Ale w miarę blisko, na szczęście.
Łapiemy je za klamkę i otwieramy.
Roztropnie byłoby, co prawda, zapytać najpierw kto tam?, ale nie ma komu tego zrobić, bo rozum śpi wraz z całą resztą cytrynowego jestestwa, upiory też jeszcze się nie obudziły, a Bengalski poszedł w miasto.
Na szczęście, za drzwiami, okazuje się, los postawił profesjonalistę.
– Dzień dobry. Proszę. Pokwituję w zastępstwie. Do widzenia.
-----------
*Tak, Celcie, znowu nas wyprzedzili. Ale dowiedzieliśmy się o tym dopiero dwa tygodnie temu.

4 komentarze:

  1. Hmmm... czyli jest szansa na dostarczenie, oraz odebranie!? :D :D :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, rola przypadku jest niebagatelna...

      Usuń
  2. Szczypiorek21/4/17

    Wcześnie tam u Was otwierają biblioteki :).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A do tego tygrysy chadzają okrężnymi drogami :)

      Usuń