Tamten wpis traktował też o czymś innym.
Ten dotyczy jednej sprawy. Takiej, na którą chyba każdy ma jakiś pogląd, na ogół dość sprecyzowany, najczęściej z przyczyn natury osobistej.
Bengalski tylko machnął łapą i poprosił, żeby się nie zapamiętać & nie zapomnieć zarazem.
Nie rozgadać. Nie przegadać.
A zatem.
Wiesz, obiecałyśmy sobie kiedyś... Jak mój ojciec chorował... Że gdyby z nami stało się coś podobnego i gdybyśmy już nie mogły same decydować...
Stąd do tamtąd jest czasem sekunda.
Mgnienie oka.
Czasem miesiąc. Albo rok.
A potem dwa tygodnie. Albo osiem lat.
Nie zawsze zależnie – w ogóle czy w najbardziej oczywisty lub oczekiwany sposób – od tego, kto ma dzieci (ile, jakie, jak wychowane), kto pieniądze, kto warunki, kto piękne wspomnienia i bogatą przeszłość, kto plany na przyszłość, a kto od dawna żadnych perspektyw, wyłącznie w plecy, pod górkę i pod wiatr.
Patrzę na nich.
Patrzysz na nas. Patrzymy na siebie.
Teraz jesteśmy tu, gdzie, na szczęście, ktoś nas karmi codziennie o mniej więcej tej samej porze, ktoś ubiera, ktoś przebiera raz, piąty i dziesiąty, ktoś pyta o samopoczucie, ktoś pomaga ułożyć na parapecie zielonego smoka, którego od poprzedniego dnia bezskutecznie próbujemy tam umieścić. Panią Zosię trzeba posadzić dalej od okna, bo przeciąg, pana generała na fotelu i przykryć mu nogi kocem, Koziołeczka na wózku, bo zaraz przyjdzie córka, panią Elę na łóżku. I spróbować nakarmić. Chyba dzisiaj jest w lepszej formie. Ela, połknij. Połknij kisiel. Ela, Ela. Popatrz na mnie. Otwórz buzię. Am. Połknij kisiel. O, tak. Bardzo ładnie. Jeszcze raz. Połknij. Nie trzymaj w buzi. Połknij kisiel. No widzisz, jaki dobry kisielek. Pyszny! Smakuje ci? Chcesz jeszcze? To otwórz buzię. Szeroko! Am! Panią Basię ubrać. Pan Marian pytał o księdza. Pani Hania chciała, żeby ją wywieźć na taras. Pan Jan prosił o gorącą wodę w termosie. Pani Krysia pewnie znów gdzieś schowała banany, które przyniosła córka. Może do szafy. Znaleźć, zanim zgniją. Zapalić światło, włączyć radio, obciąć paznokcie, nasmarować plecy kremem. Zdzisiu, gdzie idziesz? Wróć się lepiej do pokoju. Zaraz będzie podwieczorek, wypijesz herbatkę. Posiedźcie sobie z Mariankiem, poczekaj.
Sam widzisz, tygrysie jeden, że zwięźle się nie da.
Jeździliśmy z żoną, proszę pani. W Polsce i za granicą. Gdzie myśmy nie byli! A zimą zawsze na narty. Ale w końcu się zdecydowałem, bo już nie dawałem rady. Trzy lata tu jesteśmy. Na początku jeszcze było dobrze, chodziliśmy na spacery, ale teraz... Ona przez całą noc coś mówi. Bez sensu, tylko przypadkowe słowa. Albo śpiewa. Przez godzinę a-a-a. A potem u-u-u. Albo krzyczy. Idiota! Kretyn! Nie wiem, może to o mnie. Mówiłem lekarzowi, ale podobno za bardzo nie można jej wytłumić. Na pewno to pani przeszkadza. Nie? Przepraszam, ale nie słyszę. Syn przywiezie później nową baterię. No, idę, bo może moja pani czegoś potrzebuje. Za tydzień mamy sześćdziesiątą rocznicę ślubu. Córka pojechała na narty, syn wyjeżdża jutro, wnuki ciągle nie mają czasu, więc pewnie nikt nie przyjdzie. Zresztą...
Zresztą, powie mi pan zaraz, to przecież nie jest życie. To jest zaledwie wegetacja. Czekanie na śmierć. Młodsi, sprawniejsi, bardziej samodzielni i produktywni zostali zwolnieni z uczestnictwa w nim. Mogą się zająć czymś innym. Na przykład, życiem. Które jest przecież tam, na pewno nie tu. Tam, gdzie jeszcze jest się w stanie, gdzie wciąż można, gdzie nadal się potrafi. Bez pampersa, bez chodzika, bez pomocy, bez bólu. Przeczytać, napisać, podnieść z podłogi, ugotować i zjeść ze smakiem, ubrać się, wziąć prysznic, pójść na spacer. Wyjść z domu, być wśród ludzi, interesować się ich sprawami, czuć deszcz na twarzy. I co ja panu na to odpowiem? Że się z panem nie zgadzam?
Pana żony takiej, jaką ją pan poznał i z jaką przeżył pan sześćdziesiąt lat, już nie ma, ale też nie ma tego Janka, który w nowych butach szedł kiedyś z mamą i tatą do zoo, żeby obejrzeć słoniątko. I to nie on napisał te wszystkie książki. Poza tym, wie pan, ja i tak żadnej z nich nie czytałam.
A bo to Tygrysie jest tak, że zależy z której strony się patrzy. A i tak ludziska bardzo różnie patrzą. Ale to wcale nie znaczy, że nieżyczliwie. :)
OdpowiedzUsuńMogą patrzeć najróżniej, ale strona jest jedna?
OdpowiedzUsuńStrona może jedna ale kierunki różne. Jesteśmy jak wektory...
OdpowiedzUsuńMoże...
OdpowiedzUsuń